My dear friend – Google translate, czyli o tureckiej gościnie słów kilka

Rozglądamy się dookoła z dozą nieufności, z niepokojem komentujemy ewidentny brak jakiejkolwiek próby zamachu na samolot. Jeden z nas wyłapuje czujnie pierwszą oznakę nienormalności, a mianowicie wiszącą sobie niewinnie na ścianie reklamę, pisaną alfabetem cyrylico-podobnym. Reszta grupy zbywa go jednak śmiechem. Po drodze spotykamy Anglików, następuje ciąg mniej lub bardziej serdecznych powitań, w końcu wspólnie wychodzimy na zewnątrz. Jest duszno, przed wejściem na portu lotniska ciągnie się rząd tureckich taksówek. Zaskakują niepokojącą jednolitością, kanarkowo żółtym kolorem, oraz dumnie eksponowanym napisem „taksi”.
Spod lotniska zabiera Polaków lśniąca aksamitna czarna limuzyna. W środku powstają pierwsze zdjęcia, smakują pierwsze miejscowe suchary, pierwszy videolog. I tak oto rozpoczyna się ich Comeniusowa przygoda.

Projekt stricte Comenius
Ostatnie spotkanie w ramach projektu Comenius „Fashion&Tradition” miało dotyczyć tradycyjnych tańców narodowych, a w związku z tym także strojów do nich zakładanych. Praca stricte projektowa zawierała się w dwóch „etapach”. Pierwszego dnia delegacje przedstawiały prezentacje dotyczące tańców i ubioru, następnego natomiast miały miejsce pokazy tychże tańców na żywo. Jedynie Grekom udało się wyłamać z tej nieco sztywnej ramówki, gdyż do prezentacji dodali również, niczego sobie pokaz taneczny okraszony miłosną historyjką o pięknej Greczynce i tak samo urodziwym księciu, których taniec najpierw połączył, później rozdzielił, by na końcu na nowo doprowadzić ich do siebie (udało im się wpleść w fabułę po jednym tańcu z każdego projektowego kraju, a to już nie lada wyczyn). Co więcej, drugiego dnia Grecy pokazali układ złożony z wszystkich swoich tańców narodowych, więc można śmiało powiedzieć, że pod względem roztańczenia, zaprezentowali się oni najlepiej.
Trzeba dodać, że polskiemu polonezowi udało się wyróżnić spośród innych tańców. Gdy inni pokazywali wesołe i raczej żwawe, typowo wiejskie pląsy, my sunęliśmy z wolna do muzyki Kilara, z głowami dumnie uniesionymi w powietrzu i obcasami stukającymi o drewniany podest. Podsumowując, każdy kraj zamanifestował w kilkanaście minut trochę narodowej dumy. Turcy uprzejmie poczęstowali gości słonym ciastkiem oraz gorącym napojem, nauczyciele powiedzieli to, co wypadało im powiedzieć i wszyscy byli zadowoleni.
Pierwszy pełny dzień w niespodziewanie deszczowej stolicy Turcji mija Elicie pod znakiem zachłystywania się specyficznym miejscowym klimatem, ciągłej wymiany mniej lub bardziej filozoficznych przemyśleń, opanowywania zwrotów w języku turecko-angielskim i podejrzliwego zerkania na przybyszów z obczyzny. Męską część delegacji od rana oblegały tabuny, wymachujących aparatami Turczynek z szaleństwem w oczach. Nasi panowie początkowo znoszą to z godnością, ale że atmosfera Bliskiego Wschodu udziela się, szybko powstały pierwsze plany założenia haremu. Żeńska część również dała sobie zrobić kilka zdjęć z Turczynkami. Pojawiła się także tajemniczy demagog ze sklepiku szkolnego, witający poselstwo tajemniczym „Rize!” Nieco zagubiona delegacja powtarza wykrzykiwane z werwą hasło, zresztą ku wielkiej uciesze wszystkich naokoło. Próby dowiedzenia się, co oznacza owo tajemnicze słowo, skończyły się niepowodzeniem i jeszcze większą uciechą miejscowych. Ostatecznie nasi kwitują to wzruszeniem ramion i pozwalają sobie zrobić jeszcze więcej zdjęć. Po pierwszej porcji prezentacji, miejscowi wyciągają gości na zewnątrz. Elita z Brzozowej poznaje przedsmak tureckiej zabawy, a niektórzy z nas próbują się w tańcach. Inni dziwią się, że bicie bębnów nie rozsadza szkolnych szyb, ale nie traktują tego doświadczenia jako złowróżbnej przestrogi.
Po kolejnej serii fascynujących prezentacji i lunchu poselstwo z Brzozowej poznaje powód ciągłych zaczepek ze strony Turczynek (O kurczę, tysiąc osiemset dziewczyn i stu chłopaków…), daje się zaciągnąć na wizytę do muzeum miniaturek, krążenie po mieście autokarem (Kiedy oni nas w końcu wysadzą? – Chyba im się kabelki poplątały.) oraz poznaje smak istambulskich restauracji. To ostatnie okazuje się dla nas wysoce traumatyczne, nie tylko ze względu na wątpliwe położenie lokalu (pod mostem Galata).

Jedzenie u rodzin…
Pierwsze, ogólnie podzielane wrażenie to takie, że je się tam dużo, a potrawy są obficie przyprawione, najczęściej ostro. Zarówno z okazji śniadań, jak i kolacji rodziny podawały na stół dużo za dużo jedzenia, w tym mnóstwo przeróżnych przystawek, surówek itd. Co ciekawe, Turcy do każdego posiłku podają chleb. Generalnie, panują tam trochę inne normy niż w Polsce i zachodniej części Europy. Na przykład zdarzyło się, że na śniadanie serwowali zwykłe, znane ogólnie danie w rodzaju jajecznicy, czy parówek, multum dodatków takich jak oliwki, pomidory, ser, ogórki, jakieś tureckie warzywa, obowiązkowy chleb i do tego wszystkiego frytki. Wszystko doprze przyprawione. Taki miszmasz na polskim stole jest raczej nie do pomyślenia.
W Turcji panuje też zwyczaj siadania z całą rodziną przed telewizorem i popijania herbaty (czyli czaju) podawanej obowiązkowo w niewielkich szklaneczkach bez uszek. Pani domu parzy ją „po turecku”, w osobnym czajniczku zagotowując wodę i w osobnym herbatę, a potem wlewając je oddzielnie do szklanek. Taki napój jest zwykle bardzo obficie słodzony, dlatego pogryza się do niego słone, podłużne pestki, podobne do tych słonecznikowych.

…i w restauracjach
Co innego jednak jedzenie u rodzin, a co innego wizyta w tureckiej restauracji. Spędziliśmy w nich dwa wieczory pod rząd, rozjeżdżając się do domów nie szybciej niż po północy. Jedzenie było tam w zasadzie dość zwyczajne, a schemat wnoszenia potraw na stoły, praktycznie identyczny. Gdy zasiadaliśmy do stołów, czekały już na nas jakieś przystawki w rodzaju sałatek, fasolki, małych rybek i innych tureckich przysmaków oraz kosze z chlebem. Później każdy dostawał jednego gorącego „faworka”, czyli coś w rodzaju niewielkiego chrupiącego naleśnika ze słonawym serem w środku. Następnie raczono nas niewielką porcją owoców morza w cieście, a na koniec dostawaliśmy wybrane zawczasu danie główne i owoce na deser. Nic szczególnego, gdyby nie to, że właściciele przybytków za wszelką cenę chcieli zabawić turystów „prawdziwie turecką atmosferą”. W tym przypadku sprowadziła się ona do ekipy namolnych muzyków umilających jedzenie czymś w rodzaju tradycyjnej mieszanki bębnienia, gry na skrzypcach, fletach i czym tylko popadło (Zaraz nie wytrzymam i zrzucę tego skrzypka z dachu). Działanie wysoce utrudniające konwersację. Jakby tego było mało, miejscowi muzykanci próbowali siłowo wyciągać turystów do tańca. Gdy prośby nie odnosiły skutku, to „muzyk z bębnem ustawiał się za panem w czerwonej koszuli i sprawdzał wytrzymałość jego bębenków usznych”.
Suchym tekstem trudno jest oddać w pełni wyjątkowy klimat naszych wizyt w restauracjach, więc by nie narazić się na cenzurę, pozwolę sobie opuścić na nie zasłonę milczenia.
Drugiego dnia Elita tańczyła poloneza, rozdawała pokruszone torciki wedlowskie i, o zgrozo, pozowała nadal do zdjęć. Pogoda była chmurnie-deszczowa, a więc mało przyjemna. Jak wiadomo, potrzeba matką wynalazku, więc niektórzy z poselstwa zachwycali przechodniów anty-deszczową, a przy tym także anty-zdjęciową kreatywnością.
Turcy fundowali gościom wietrzny rejs po Bosforze. Chcąc nie chcąc, znalazła się kolejna okazja do robienia zdjęć, a także dogłębnej pracy nad relacjami polsko-tureckimi. Wiadomo przecież, że wspólne zjedzenie obfitego w ości fishburgera (nazwa mówi sama za siebie), gra w SOSa (tamtejsza, bardziej skomplikowana odmiana gry w kółko i krzyżyk) i siłowanie się na rękę zacieśnia więzi międzynarodowe jak nic innego (może oprócz krążenia autokarem) i sprzyja międzynarodowej wymianie podstawowych (oraz co ciekawszych) słówek. Nie wiesz o co chodzi? Powiedz „evet, evet”. Chcesz, żeby Turcy zaczęli się śmiać? Powiedz „evet, evet”. Chcesz, żeby pół wycieczki podniosło rękę do góry? Krzyknij „Przemek”!
Na bazarku, zwanym tudzież „Grand Bazaar”, delegacja z Brzozowej mogła wykazać się umiejętnościami targowania, a raczej ich całkowitym brakiem. Nauczyliśmy się, że pod żadnym pozorem nie należy patrzyć na żadnego ze sprzedawców dłużej niż pięć sekund, a także nosić w widocznym miejscu plakietek z imieniem i nazwiskiem. Każdy starał się wynieść jak najwięcej z pobytu w „Grand Bazaar”, lecz niestety… widmo kolejnego wieczorku w restauracji bardzo skutecznie zajmowało nasze myśli, a nieprzespana noc doprowadzała do częściowego paraliżu umysłowego.

Islam w Istambule
Jeśli chodzi o wpływ religii na państwo, trzeba wiedzieć, że Turcja jest krajem całkowicie świeckim, a Mustafę Kemala Atatürka, który całkowicie zrewolucjonizował państwo tureckie, kończąc z islamską epoką Osmanów i dążąc do europeizacji Turcji, czczą tam praktycznie wszędzie. Tak więc młode kobiety wcale nie muszą nosić chust na głowach (w zasadzie nie jest to widok często spotykany), a ludzie są otwarci i bardzo przyjaźni w stosunku do wyznawców innych religii. Są to po prostu, najzwyczajniej w świecie zwykli ludzie, tak samo islamscy, jak katolicka jest większość polskich katolików. Tak przynajmniej jest w Istambule.
Pewien wielce irytujący religijny smaczek stanowią muezzini, którzy co kilka godzin nawołują ludzi do modlitwy z wieżyczek przy meczetach. Wiadomo, meczetów w Stambule jest od groma, a na każdym z nich jest od groma głośników. Wyobrażacie sobie efekt? A teraz wyobraźcie sobie ten sam zawodzący efekt o piątej nad ranem, dodając do tego fakt, że położyliście się spać o drugiej w nocy, zaraz po koncercie wykończającej uszy tureckiej muzyki. Urokliwe.
Trzeciego dnia porządnie wymęczona Elita wędrowała po Hagia Sophia, Pałacu Topkapı, Niebieskich Meczetach i innych osmańskich przybytkach. Zaznawanie uroków tych chwytających za serce zabytków w towarzystwie tysiąc i jednego wrzaskliwego dzieciaka, to zdecydowanie to, o czym skrycie marzył każdy z nas. Po lunchu składającego się z „mięsnych kulek”, porcji kefiru i sałatki z octem, poselstwo z Brzozowej otwarcie przyznało się do tęsknoty za schabowymi.
Entuzjastyczne wleczenie się po wszelkich zabytkach, z długimi przerwami na wypróbowywanie miękkości muzealnych sof, bądź parkowych ławeczek, umilało nam jak zwykle towarzystwo Turków. Ci wspaniali gospodarze zabrali więc później gości na wyczekiwanego od dawna tureckiego kebaba. Nie dość jednak, że z przyczyn wyższych, poselstwo było w niepełnym, czteroosobowym składzie, to jeszcze kebab został podany nie w cieście, a na talerzu. Gospodarze tłumaczyli nieobytym w świecie Polakom, że tak właśnie wygląda prawdziwy, turecki kebab i obiecywali zabrać ich do tajemniczego „fun center”… Nikt z Elity nie miał zielonego pojęcia, o co tak właściwie może chodzić, a i próby wytłumaczenia spalały jedna po drugiej na panewce. Bez Google translate w pobliżu to jednak nie to samo.
Ku zgrozie delegacji, „fun center” okazało się być wesołym miasteczkiem. Nic w tym fakcie w zasadzie strasznego, gdyby nie to, że Turcy ciągnęli nas konsekwentnie na sporych kształtów maszynerię, która kształtem jasno i wyraźnie mówiła, że nie jest przeznaczona dla osób, które dopiero co zjadły kebaba, bądź cokolwiek innego. Jeden z poselstwa zrezygnował ze względu na wyjątkowo złe samopoczucie, drugi natomiast ewidentnie stchórzył. Pozostała dwójka dzielnie pozwoliła zapiąć sobie pasy i odlecieć do góry na całe dwie minuty.
Doświadczenie okazało się tyleż traumatyczne, co torsjogenne, a wykończona tą wyrafinowaną formą rozrywki Elita, chwiejnie wracała do domów.

Nasi gospodarze
Choć bariery językowe w postaci naszej nieznajomości tureckiego i łamanej znajomości angielskiego przez Turków z początku utrudniały porozumienie, to z czasem udało się nam wypracować wspólny język. Zasłużył się przy tym niemało wujek Google, a właściwie Google Translate. Pomimo tych pierwszych trudności kontakt z Turkami był prawdziwie przyjemny, a rodziny wyjątkowo przyjazne i otwarte. Każdy z nas został ochrzczony drugim synem/córką, obsypany prezencikami i pięćdziesięciokrotnie zaproszony z powrotem do Turcji. Co tu dużo mówić, kłamstwem byłoby zarzucanie czegokolwiek tureckiej gościnności. Gdyby jeszcze zawsze było wiadomo, co do nas mówią…
Siódmy maja, około godziny dziewiętnastej czasu polskiego. Na zamglonej wylewce Okęcia ląduje samotnie samolot LOTu, wiozący pasażerów bezpośredniego połączenia Istambuł-Warszawa. Na pokładzie Elita wydaje z siebie mimowolne westchnienie ulgi – mgła, jakieś pola dookoła, średnia widoczność pasa startowego (przynajmniej z ich punktu widzenia) oraz sama obecność Elity na pokładzie nasuwa nieco niepokojące skojarzenia. Bogaci o kilka kilogramów więcej, zarówno na ciele jak i w walizkach, schodzimy na rodzimą ziemię po podstawionych naprędce schodkach. Szybki pocałunek złożony na płycie lotniska, przejażdżka autobusem i sprawdzenie bagaży pod kątem obecności ładunków tykających, ewentualnie zakamuflowanych Turków i już rozjeżdżamy się do domów.
Nie wiemy jeszcze, że na Facebooku czeka nas prawdziwy turecki potop…

Marysia Struga, 2b